21 lutego 2015

Być zadaniowcem i nie zwariować

Lubisz robić przeróżne listy, wykreślać kolejne zadania, punkty? Masz przygotowany spis filmów do obejrzenia na kolejne kilka lat? Spisujesz inspiracje, plany? Ukończenie drobnego zadania przynosi ci praktycznie tak samo ogromną satysfakcję, jak finał dużego projektu? Dziką przyjemność sprawia ci "denkowanie" kosmetyków?

Prawdopodobnie jesteś - tak jak ja - zadaniowcem. Ostatnio trochę myślałam na ten temat i zrozumiałam, że w wielu sprawach postrzegamy świat nieco inaczej. I to wcale nie znaczy, że gorzej.



Często słyszy się zdania w stylu  "rób tylko to, co sprawia ci prawdziwą przyjemność", "jeżeli coś nie jest w twoim stylu, nie męcz się tą czynnością i wybierz coś innego". Generalnie chodzi o to, że szkoda czasu na robienie rzeczy, na które nie mamy prawdziwej ochoty. Jak w cytacie z "Wielkiego piękna", który najmocniej utkwił mi w pamięci:

"Doszedłem w życiu do momentu, w którym nie robię już rzeczy, na jakie nie mam ochoty".

Nie ukrywam, że przez długi czas byłam zafascynowana takim podejściem, Próbowałam faktycznie nie tracić czasu na kończenie rzeczy, które nie do końca odpowiadały moim upodobaniom. 

Starałam zmusić się na przykład do odłożenia nieciekawej książki po przeczytaniu 20-30 stron. Faktycznie ma to sens. I jak najbardziej rozumiem i uważam za logiczne stwierdzenie, że jest zbyt dużo naprawdę znakomitych pozycji książkowych, by marnować czas na te nieciekawe.

Próbowałam omijać pewne punkty z moich list i wplatać w nie więcej spontaniczności.

Ale ostatnio doszłam do wniosku, że w jakiś sposób takie odcinanie się od zamierzonych zadań mnie unieszczęśliwia. I niekoniecznie traktuję czas spędzony na takich czynnościach za bezcelowy i stracony.

Jest coś przemiłego w ukończeniu książki, wykreśleniu kolejnego filmu z listy, przetestowania kolejnego dania z samodzielnie stworzonego zestawienia przepisów do przygotowania. I mimo, że to wszystko brzmi nieco przymusowo, to naprawdę sprawia dużo radości. 

Nie lubię odkładać na półkę nieprzeczytanych książek. Pozostawia to we mnie straszny niesmak. Już tego nie robię i...jest mi dobrze. Szybko czytam, więc wcale nie marnuję tak wiele czasu na historie, które nieco mniej mi się podobają. Oczywiście w przypadku kompletnie beznadziejnego przypadku nie mam takich problemów. Nie robię nic na siłę. Po prostu słucham siebie i wiem, czy dana czynność to coś, co powinnam skończyć dla poczucia satysfakcji z ukończonego zadania, czy po prostu odpuścić. 

Ostatnio obejrzałam wszystkie sześć części "Gwiezdnych Wojen" bo są dość wysoko we wszelkich filmowych rankingach. Podobała mi się tylko jedna część, cała reszta jakoś mnie nie porwała. Zwyczajnie nie są to filmy trafiające w mój gust. Podczas nieciekawych scen akcji robiłam coś innego i jednym okiem śledziłam losy głównych bohaterów. 

Większość osób, którym z dumą opowiadałam co ostatnio oglądam, pukała się w głowę. I szczerze mówiąc naprawdę rozumiem, że dla innych ludzi takie coś może nie mieć żadnego sensu. Ale ja w momencie wykreślania każdej kolejnej części z listy filmów do obejrzenia czułam się fantastycznie. I cieszę się, że je wszystkie zobaczyłam.

Może to szalone, ale chyba o to chodzi, żeby żyć w zgodzie z własną osobowością. Skoro lubię kończyć zamierzone zadania, nie mam zamiaru pozbawiać się tej przyjemności.

PS. Możecie tylko wyobrazić sobie mój szalony "zachwyt", gdy po obejrzeniu szóstego - ostatniego - filmu z gwiezdnej serii, przeczytałam nowinę, że twórcy szykują kolejną trylogię...Ciężkie jest życie zadaniowca ;-)
32 komentarze
  1. Ja plasuję się gdzieś pośrodku: uwielbiam listy, ale jeśli książka mi się nie podoba, odkładam ją bez większych wyrzutów sumienia. Chętnie sięgnę po kolejną, ciekawszą, i właśnie tę wykreślę z mojej listy "do przeczytania" (która zawiera materiał na kilka lat - niestety lub stety :D).

    Jeśli chodzi o Gwiezdne Wojny, póki co widziałam tylko starą trylogię. Nawet nie wiedziałam, że szykują się kolejne filmy :) pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. Też jestem zadaniowcem :), Dodam jeszcze, że gdy mam jedno zadanie nieukończone to blokuje mnie przed zaczęciem kolejnego, bo podświadomie wiem, że muszę poświęcić czas temu pierwszemu. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. Oj a ja chciała bym być takim zadaniowcem :) Wydaje mi się, że moje życie byłoby łatwiejsze, bo tak robie coś, odkładam, biorę coś innego, odkładam, zabieram się za trzecią rzecz, to wracam do pierwszej lub włączam serial, ehh trzeba się wziąć za siebie. :(
    Pozdrawiam gorąco :)

    OdpowiedzUsuń
  4. A ja uważam, że jeżeli książka, film, spektakl się nie podobają, to nie ma po co się przemęczać i kończyć to zadanie, chyba, że musisz dla jakiegoś celu. Najczęściej te rzeczy robię dla przyjemności, dlatego też bez wątpienia przerywam te, które się nie podobają i nie marnuje na nie czasu. Ale nie odkładam na póżniej, poprostu nigdy do nich nie wracam...

    A w Gwiezdne Wojny jestem zakochana :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Wszystko zależy od charakteru. Są osoby, które już po chwili wychodzą z teatru, kina czy odstawiają książkę na półkę nie kończąc jej już nigdy. Osobiście popieram życie zgodne ze swoją osobowością, bez zmuszania się do postępowania według norm społecznych, widzimisię znajomych czy opinii rodziny. Jeśli nie robisz nic złego, to dlaczego nie możesz żyć tak jak chcesz? :)

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  6. Gdy przeczytałam wstęp do tego posta pomyślałam "o, to o mnie", ale jednak nie mam problemu z niedokończonymi rzeczami :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Sama ostatnio zmusiłam się, żeby obejrzeć Gwiezdne wojny, bo przecież to kawał popkultury. Nie porwał mnie, choć potrafię sobie wyobrazić, dlaczego tak trafia do grupy, zwanej nerdami. Sama kocham np. Harrego Pottera :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja również jestem zadaniowcem i analizując wielokrotnie swoje postępowanie doszłam do wniosku, że jesli tylko samo skreślenie z listy sprawia mi przyjemność (nawet tych teoretycznie przyjemnych rzeczy), to coś jest nie tak... O ile niektóre sprawy rzeczywiście traktuję jako "im szybciej skończysz, tym lepiej", doszłam do wniosku, że nie mogę tak samo podchodzić do spraw przyjemnych, a niestety takie poczucie zdarzyło mi się mieć... by obejrzeć film i skreslić z listy, że to zrobiłam, by przebiec/przepłynąć/przećwiczyć itp i skreślić...., by ugotować coś, zjeść ... i znów skreślić z listy, i najgorsze... by odbyć umówione spotkanie z przyjaciółmi..i też skreslić- zaliczone!
    Wtedy doszłam do wniosku, że to poszło za daleko! Weryfikuję co jest "do zrobienia i skreślenia", a czym rozkoszuję się i cieszę z samego faktu WYKONYWANIA:) . Łatwo dać się ponieść i przesadzić, jak ze wszystkim:) Moim sposobem na to jest nieskreślanie z kalendarza "zaliczonego" spotkania ze znajomymi, czy wyjścia do kina:)....bo po co:)? To taka moja metoda na rozgraniczenie tego,co "do zrobienia", a tego, co "do przeżywania":)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze, że zwróciłaś aspekt również na drugą stronę wiążącą się ze skreślaniem zadań - tych przyjemnych. Nie myślałam o tym wcześniej w takim kontekście.

      Usuń
    2. Zapisuję wszystko, uwielbiam listy :) Codziennie przed snem tworzę listę zadań na następny dzień, bez tego bym chyba nie zasnęła... Spotkania ze znajomymi, rower, kino zapisuję, ale już nie skreślam, bo jakoś dziwnie bym się z tym poczuła. Właśnie wpadłam na pomysł, aby zamiast skreślać / odhaczać postawić jakiś znak przy tego typu przyjemnościach, mimo wszystko zapisanych na liście, np. uśmiechnięta buźka albo słońce, cokolwiek pozytywnego ;)

      Usuń
    3. Dobry pomysł z tym "innym znaczkiem", a nie skreśleniem:)

      Usuń
  9. Ja mam identycznie, a teraz w momencie mojej chorobowej rekonwalescencji, niedość że zapisuję każdy sukces na odwrocie kartki z planami na dany miesiąc, to jeszcze każdy taki triumf, niezależnie od wielkości wrzucam do Słoika Sukcesów. Potrafię odpuszczać sobie pewne zadania, a głównie dzieje sie to wtedy gdy ich priorytet lub moje zainteresowanie spada. To znaczy coś co na początku tygodnia czy miesiąca uważałam za ważne, potem może jednak stracić swój priorytet z różnych powodów. Ostatnio bardzo kieruję się cytatem który gdzieś znalazłam - Czasem najważniejsze rzeczy, które zrobisz danego dnia, nawet nie znajdują się na twojej liście zadań. A rzeczy typu obejrzenie pewnego filmu lub ich serii, zwłaszcza gdy to jakieś klasyki z którymi chciałabym się zapoznać raczej staram się wykonywać. Głównie dlatego, że często jest tak, że im coś większą niechęcią czy niepewnością darzę tym bardziej opłaca się zrobić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Im coś większą niechęcią czy niepewnością darzę tym bardziej opłaca się zrobić" - megamądre stwierdzenie.

      Usuń
  10. Chciałabym być tak konsekwentna... Myślę, że ja jestem czymś pomiędzy. Z jednej strony bardzo lubię planować, zapisywać - to daje mi poczucie kontroli. Z drugiej strony nie potrafię się do czegoś zmuszać (chyba, że należy to do moich obowiązków). Gwiezdne Wojny to osobiście dla mnie masakra - nie przebrnęłabym, no chyba, że musiałabym napisać o nich esej :D Pozdrawiam, Magda :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Ja również układam listy, planuję, dopracowuję moje zajęcia, lecz staram się od czasu do czasu zrobić coś, co nie jest obowiązkiem. Poświęcam dużo wolnego czasu na rzeczy które sprawiają mi przyjemność, dzięki czemu nie wariuję :)

    OdpowiedzUsuń
  12. ojj masz rację, że ciężkie jest życie zadaniowca :D Chociaż bardzo je lubię :D

    OdpowiedzUsuń
  13. Bardzo dobrze czytało mi się Twój tekst, a końcówkę przywitałam śmiechem. Komuś może się wydawać, że takie listy to strata czasu i zabijanie spontaniczności, ale dla mnie to np. jedyna droga do osiągnięcia czegokolwiek. Ja efekty swoich wysiłków muszę widzieć natychmiast, problem pojawia się jak cel jest za bardzo oddalony. Takie rozpisanie kolejnych etapów, które muszę osiągnąć, motywuje mnie do dalszego działania. I widzę efekty od razu, bo mogę sobie wykreślić kolejny punkt. Najfajniejsze jest to, że widzę co mi się udało, co zrealizowałam i sukces mi nie umyka.
    My musimy mieć to na papierze : )
    Ania

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, taki już nasz urok! :-)

      Usuń
  14. Bardzo mnie zaciekawiłaś swoim postem. Rzeczywiście, cały ten opis jest jakby o mnie... ale wcześniej zupełnie nie zdawałam sobie sprawy z tej mojej cechy. Jestem 100% zadaniowcem. Uwielbiam "odkrywać" w sobie nowe cechy, poznawać ich nazwy. Dzięki Tobie poznałam swoją zadaniowość. Za to Ci dziękuję!
    Na zadaniowców czeka nie tylko pułapka "nie do końca mi się to podoba, ale robię to by to odhaczyć", ale też druga. "To jest fajne, miło spędzam czas, ale chcę już mieć to za sobą by mieć już odhaczone". Sama nie wiem, która opcja jest gorsza. Sama przyłapuję się niekiedy na jednej albo drugiej i staram się wyrzucać z siebie te myśli. Myśli o zwykłym "zaliczeniu" danej rzeczy, jakakolwiek by ona nie była. Zła, czy dobra.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciężka sprawa z tym "odhaczaniem". Tak jak piszesz to często ma też miejsce w trakcie przyjemnych czynności...Muszę o tym pomyśleć również w takim kontekście.

      Usuń
  15. Jest coś fajnego w czytaniu książek wszelkiego typu... Przynajmniej dowiesz się jaki dokładnie jest Twój gust ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To po pierwsze. A po drugie, jakby nie patrzeć, to mocno poszerza horyzonty :-)

      Usuń
  16. Ja się trzymam mądrych dla mnie słów: "Szanuj siebie na tyle, aby odejść od wszystkiego, co Ci nie służy, co Cię nie rozwija i co nie daje Ci szczęścia".
    Dla mnie to odkrycie, które mnie "uratowało". Jaka ulga przerwać robić coś, na co najzwyczajniej nie mam ochoty i nie jestem z tym szczęśliwa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też próbowałam działać w ten sposób, ale to jak na razie nie dla mnie :-)

      Usuń
  17. która część "Gwiezdnych Wojen" ci się spodobała?

    OdpowiedzUsuń
  18. Ja z jednej strony mam podobnie - jak jest lista, to trzeba działać, nie lubię zostawiać niedokończonych rzeczy a nie kończąc książki czuję niezadowolenie z siebie ;) choć z drugiej strony jestem mistrzem w zaczynaniu czegoś i niekończeniu. Za to nie wiem czy ktoś też ma podobnie - ja mam chyba problem z odpoczywaniem. W weekend jeśli coś jest w zlewie, nieposprzątane to jeśli położe się z książką, mam straszne wyrzuty sumienia. Czasem przez to człowiek traci przyjemności.

    OdpowiedzUsuń
  19. O rany, znam to... Myślałam już, że to choroba psychiczna :D
    Postanowiłam biegać codziennie przez następny miesiąc i zachorowałam po pierwszym tygodniu ? Nieważne, 39st gorączki, ledwo się trzymam na nogach, ale nałykam się pyralginy i i tak pójdę na trening, mimo, że na dworze śnieżyca i mróz. Co z tego, że to się może skończyć zapaleniem płuc, przecież powiedziałam sobie, że będę biegać, to nie mogę nie biegać, prawda ?
    Postanowiłam, że w KAŻDY weekend gdzieś pojadę. Nieważne gdzie, byle nie siedzieć w domu. Po paru miesiącach zaczynam być zmęczona trybem życia wyglądającym tak: planuj tripa, a więc zamartwiaj się o dojazdy,o towarzystwo, o pieniądze, rób za organizatora większej ilości osób, miej w kółko wydzwaniający telefon - wyjedź na cały weekend, a więc nie miej szansy na odpoczynek po tygodniu, na spotkanie z dawno nie widzianymi znajomymi - wróć z wycieczki sponiewierana (bo przecież im trudniejsza tym lepsza) i przez kilka nastepnych dni dochodź do siebie, jednocześnie planując już kolejną wycieczkę, i jeszcze w międzyczasie staraj się wieść normalne życie, trenować, mimo wyczerpania po weekendzie. Pewnego dnia przychodzi moment, kiedy zdajesz sobie sprawę, że właściwie to nie chcesz nigdzie jechać w najbliższym czasie. Marzy ci się spanie do 12, a nie do 3:30, ugotowanie obiadu, a nie pożeranie tony bułek z nutellą i innego prowiantu podróżnego, oglądanie filmów z chłopakiem, a nie doprowadzanie się do granic fizycznej wytrzymałości w towarzystwie obcych ludzi poznanych przez internet. Tęsknisz za codziennością. Normalnym wyborem byłoby zapewne pozostanie w domu....Ale nie, powiedziałam, że pojadę co tydzień, to znaczy co tydzień. Jedna opuszczona wycieczka to już nie 52 weekendy spędzone owocnie, lecz 51, tak nie może być. I jadę. Kupuję bilety, ogarniam ekipe. Żeby było mniej możliwości, by się wycofać. Ale nie mogę nie pojechać i nie odhaczyć kolejnego weekendu w kalendarzu.
    Jak bardzo by mi się nie chciało czegoś robić, to i tak to zrobię dla samego zrobienia. Bo to jest na mojej liście. Bo w chwili gdy biorę do ręki czerwony marker i odhaczam kolejną zdobytą górę/ odbyty trening/ weekendowy wyjazd - czuję najwiekszy rodzaj szczęścia jaki znam. No dobra, czuję jeszcze większe szczęście gdy coś się dzieje zupełnie spontanicznie i się czegoś nie spodziewam. Ale to są dodatki, natomiast codzienność to... niekończąca się lista rzeczy do zrobienia :) Niemniej jednak lista ta ma też dużo plusów, chyba nawet więcej, niż minusów. Przede wszystkim każdego dnia motywuje mnie do wstania z łóżka, bo wiem, ile jeszcze rzeczy do zrobienia przede mną. Nadaje sens życiu, bo widzę, ile jeszcze można zrobić, ile jeszcze przede mną, wiem, że nie będę się nudzić aż do późnej starości.
    Ale tak, bycie zadaniowcem jest wyzwaniem samo w sobie :)

    OdpowiedzUsuń
  20. i te seriale, które trzeba nadrobić wszystkie, już teraz, bo tyle do obejrzenia a czasu tak mało :D Ja się uczę nie kończyć jeśli zadanie mi nie odpowiada. Ciekawe ile jeszcze czasu upłynie zanim się uda :)

    OdpowiedzUsuń
  21. Jakbyś pisała o mnie... Zanim przeczytałam Twój wpis nie umiałam tego określić, nazywałam to "obsesją kończenia rzeczy". Dotyczy ona wszystkich dziedzin: pracy, nauki, rozrywki. Jak już przerabiam podręcznik do angielskiego, to muszę zrobić każdy temat, inaczej się nie liczy. Podobnie z filmami czy książkami - chyba nigdy w życiu chyba nie przerwałam jakiegoś/jakiejś w połowie. W muzyce na szczęście daję sobie taryfę ulgową i wybieram tylko niektóre płyty, które muszę koniecznie przesłuchać od początku do końca. Z jednej strony lubię tą moją obsesję, bo czuję, że jest to ambitne i poszerza horyzonty, z drugiej strony jest to też jednak niezwykle uciążliwe czy nawet męczące. Tak na marginesie - Gwiezdne Wojny też znajdują się na mojej must-watch-list, aktualnie jestem na trzeciej części. ;) Pozdrawiam! Agnieszka :)

    OdpowiedzUsuń
  22. Dobrze Cię rozumiem, bo też tak mam! Lista rzeczy do zrobienia najpierw mnie trochę przeraża, ale wraz z wykreślaniem, nawet tych najdrobniejszych czynności, cieszę się coraz bardziej, jak dziecko :) Kiedyś robiłam takie badanie, które zarówno na podstawie składu mojego ciała jak i odpowiedzi na pytania dotyczące aktywności i charakteru, okazało się, że jestem... Zmęczonym Herosem :D Pasuje to do mnie idealnie, bo zadań mam tyle, że ciężko się wyrobić, ale zaciętości też mam dużo i zawsze dąże do celu!

    P.s. Ja akurat Gwiezdne Wojny lubię! Jeszcze jako dziecko oglądaliśmy z bratem wiele razy ;)

    OdpowiedzUsuń