08 grudnia 2014

Różnice kulturowe a podejście do szczęścia na przykładzie "Drobnych aktów życzliwości"

Za długo siedzę w tym temacie, żeby wciąż wierzyć, że istnieje jedyna słuszna droga do szczęścia czy też jedna lista kilkudziesięciu działań, które należy podjąć aby stać się zadowolonym z życia człowiekiem. Każdy z nas jest inny. I chociaż badania nad psychologią pozytywną prężnie się rozwijają, to zawsze pozostaną tylko zbiorem statystycznych wyników. Coś, co jedną osobą przybliży do szczęścia, na kogoś innego może nie mieć żadnego wpływu.

Rozmyślając na ten temat, przyszła mi do głowy jeszcze jedna kwestia. Większość porad na temat szczęścia pochodzi z zagranicznych źródeł, najczęściej prawdopodobnie z USA. Jednak nasze kultury dość mocno się różnią. Pewne zachowania Amerykanów nie są dla nas naturalne, często wydają się sztuczne. Postanowiłam podać wam kilka przykładów na podstawie słynnej w Stanach akcji "Random Acts of Kindness", które można przetłumaczyć jako drobne akty życzliwości.

Pomysł jest świetny i jak najbardziej słuszny - promuje puszczanie w świat dobra poprzez niewielkie gesty i drobne uczynki. Przeglądając kilka tego typu list zauważyłam jednak, że u nas wiele z tych zadań może się nie sprawdzić. Wymagałyby one zapewne drobnego liftingu, żeby zadziałać w naszych warunkach i faktycznie przynosić "obdarowywanym" radość a nie zakłopotanie. 

Moją zupełnie luźną i subiektywną wariację na ten temat możecie zobaczyć na poniższej grafice. Mimo, iż są to moje własne spostrzeżenia i na pewno w sporej części opierają się na różnego rodzaju stereotypach, mam nadzieję, że przedstawią wam inny punkt widzenia na szeroko rozumiane dążenie do szczęścia - w tym przypadku na akty życzliwości wobec innych ludzi - i na to, żeby jednak nie powielać ślepo zapożyczonych inspiracji, a raczej bawić się nimi i tworzyć coś własnego.



Pewne sytuacje - zamiast zwykłego miłego uczynku - mogłyby być u nas odbierane na przykład jako podryw, co niekoniecznie chciałaby osiągnąć obdarowująca osoba. Poza tym wydaje mi się, że my Polacy dość podejrzliwie podchodzimy do prezentów. 

Od razu przypominam sobie pewną sytuację, w której chciałam zrobić coś miłego i kupiłam koleżankom przy okazji wizyty w sklepie po zwykłym batonie - naprawdę nic drogiego ani specjalnego. Jednak nie zauważyłam by je to ucieszyło, ale raczej wywołało w nich poczucie "muszę się odwdzięczyć". 

Myślę, że mamy dość mocno wpojoną zasadę wzajemności, która zresztą jest naturalnym odruchem społecznym. Gdy ktoś coś nam kupuje, często jawi się nam to jako pewnego rodzaju dług wdzięczności, który chcemy jak najszybciej spłacić. W dużym stopniu nie potrafimy się zwyczajnie cieszyć tym, że ktoś obdarował nas jakimś drobiazgiem, ale raczej czujemy się winni, że my sami nic mu nie daliśmy. To może być męczące. 

Nie wiadomo jednak dlaczego zupełnie inaczej reagujemy na rzeczy, które nie wymagały od nas bezpośredniego zakupu, ale powiedzmy zaangażowania i czasu jak na przykład upieczenie ciasta. Większość ludzi jest po prostu zachwycona gdy przyniesiemy do pracy jakiś domowy wypiek. I jakby na to nie patrzeć do jego przygotowania też musieliśmy wydać pewną sumę pieniędzy, ale w tej formie już jakoś to nie razi. Traktujemy to najczęściej zgodnie z zamierzeniem - jako bardzo miły gest. 

Inna sytuacja to słynne uśmiechanie się do nieznajomych. Nie mam nic przeciwko i nawet polecam. Ale wiem, że w Polsce nie jest to do końca naturalnie przyjmowane. Podejrzewam, że u wielu osób, które spotkają się z uśmiechem nieznajomej osoby pierwszą myślą będzie "mam coś na twarzy?!", "jestem brudna?". 

Pewnie oczywiście przesadzam i naprawdę nie zachęcam do przyjmowania chmurnego wyrazu twarzy i odstraszania wszystkich mijanych na ulicy osób. Ale już dużo bardziej naturalnym zachowaniem wydaje mi się uśmiechanie się do osób, z którymi wchodzimy w jakiekolwiek interakcje: począwszy od sprzedawcy w sklepie czy kierowcy, który przepuszcza nas na pasach po osobę z którą jedziemy w windzie. Taki uśmiech również jest miły, ale jakoś prościej go sobie wytłumaczyć w naszym społeczeństwie, które jednak nie przesyła uśmiechów na prawo i lewo tak często, jak inne narody.

Generalnie myślę, że wyróżniamy się większą podejrzliwością w sytuacjach, w których ktoś stara się być dla nas miły. Nie zliczę ile razy słyszałam już następujące zdanie: "Co się stało, że jesteś taka miła? Pewnie czegoś potrzebujesz". I tak jak na przykład lubimy otrzymywać komplementy, to jednak trzeba posiadać umiejętność odpowiedniego ich dobierania. Gdy są specyficzne, szczere i trafiają w to, co istotne dla osoby, którą komplementujemy będzie to dla niej zapewne coś naprawdę miłego. W innym przypadku już niekoniecznie.

Nie wspominając o szeroko pojętej pozytywności. Lubimy otaczać się uśmiechniętymi, wesołymi ludźmi. To naturalne. Ale jednak czasem warto nieco dopasować do sytuacji. Przesadna wesołość w przypadku gdy ktoś jest w wyjątkowo złym nastroju może nie poprawić tej osobie nastroju, a wręcz dodatkowo irytować. Czasem dużo więcej daje zwykłe wysłuchanie drugiej osoby, wczucie się w jej emocje i okazanie wsparcia niż uparte zapewnianie, że wszystko będzie dobrze i trzeba myśleć pozytywnie. 

Tego rodzaju przykłady można mnożyć bez końca.  Jesteśmy specyficznym narodem i to wcale nie takim szarym i smutnym, jak często sami siebie określamy. Zauważyłam, że w gronie znajomych Polacy naprawdę często się śmieją i wcale nie są ponurzy. Może jesteśmy nieco bardziej zamknięci na innych, bardziej trzeźwo patrzymy na świat, ale w gruncie rzeczy jesteśmy naprawdę wesołymi ludźmi i w sumie lubię tą naszą mieszankę cech. W każdej grupie znajdą się malkontenci i optymiści. Dlatego nie ma co generalizować. Jednak w poszukiwaniach przeróżnych inspiracji w dążeniu do szczęścia warto kierować się również własną intuicją. Na przykład pod względem różnic kulturowych. Ale nie tylko.

A gdyby kogoś zainteresował temat drobnych aktów życzliwości (w wersji oryginalnej) zapraszam po inspiracje na oficjalną stronę akcji.
16 komentarzy
  1. Ja bym chciała jednak, żebyśmy byli bardziej otwarci na obcych ludzi dookoła. Czasem takie drobnostki jak uśmiech, jakieś miłe zdanie, naprawdę potrafią poprawić humor i wprawić w pozytywny nastrój :) Taka magia dzieje się na festiwalach, że niby mało kto się zna, ale wszyscy są niesamowicie sobie życzliwi, zagadują, uśmiechają się i nikt nie widzi w tym nic dziwnego. Fajnie gdyby się przeniosło trochę tego do codzienności :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I od razu przypomniałam sobie Woodstock... Byłam swego czasu na przeróżnych festiwalach, ale tam faktycznie jest jakaś totalnie odjechana atmosfera. No nie powiem, naprawdę miło ;-)

      Usuń
    2. Haha, woodstock to przykład idealny!:) Krótka historyjka: wracając do wioski motocyklowej mijamy pana pod wpływem % leżącego na samym środku ścieżki. Mój luby pyta: ejj żyjesz?? Po czym pan barrrdzo siarczystym językiem: K.... odwalcie się wszyscy ode mnie!! Był on tak zły, że aż nam głupio się zrobiło, że mu przeszkadzamy w drzemce. :)

      Usuń
  2. :) To, co niebywale interesujące w naszym narodzie to fakt, że w dobrym tonie jest przytakiwanie na narzekanie. Czyli jedna persona opowiada jak jej duszno, źle, że ciśnienie niskie i że spać w nocy nie może, a od czwartku, co najgorzej, boli ją noga. Interlokutor odpowiada, iż owszem, naturalnie, pogoda jest zła, senność ją też ogarnia, noga bolała zaś w zeszłym tygodniu, bo w tym przyczyną cierpień jest brzuch.

    W ogólnym rozrachunku: interakcja nawiązana, często towarzyszą jej uśmiechy zrozumienia i poczucia jedności ;) Temat jest interesujący, bo tak naprawdę w Polsce można rozpocząć każda znajomość od wyrażenia dezaprobaty na warunki zewnętrzne. Dlatego też zgadzam się z zawartą w tekście opinią przyjęcia pewnego dystansu w stosunku do amerykańskich porad. Przynajmniej na początku ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Te różnice kulturowe to ważna sprawa. Swego czasu przez kilka lat mieszkałam w Anglii, na prowincji, gdzie w zwyczaju lokalnym było wysiadając z autobusu rzucić 'Thanks' do kierowcy. Gdy przyjeżdżałam wtedy do Polski na jakieś krótkie wakacje miałam zawsze ochotę powiedzieć "Dziękuję" kierowcy autobusu ale bałam się, że w dużym, zatłoczonym, polskim mieście byłoby to raczej przyczyną wypadku drogowego, bo kierowca zastanawiałby się o co chodzi ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. A ja jakoś nigdy nie zastanawiam się nad takimi rzeczami :) Wszyscy mówią "gdyby wszyscy tak robili", a sami nie robią. Nie zastanawiam się czy dostanę coś w zamian, nie zastanawiam się "czy ta osoba też by to dla mnie zrobiła?" albo "a czy ta znajoma ostatnio złożyła mi życzenia?" czy też wypada, czy co sobie pomyślą. Nie skupiam się na tym co robią inni. Robię co uważam za stosowne - wszystkim polecam takie myślenie i przede wszystkim działanie! Takie to trochę egoistyczne, ale człowiek jest wtedy duuuużo szczęśliwszy :) Lepsza jest serdeczność (nawet przesadna) niż ponuractwo, zresztą nigdy uśmiech nie zaszkodzi :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Przypomniało mi się, jak rozsyłałam uśmiechy w przychodni, czekając na wizytę. Niektórzy odpowiadali tym samym, inni wyglądali na zdziwionych (uspokajali się, jak zauważyli, że do wszystkich się uśmiecham). Ale najlepsza była starsza Pani, która podeszła z końca korytarza... by mi podziękować! Powiedziała, że ma okropny dzień - noga ją boli, cały dzień w kolejce, ale jak tak mnie poobserwowała... sama zaczęła się uśmiechać i przyznała, że szkoda, że tak mało ludzi to robi. Choć zgadzam się z Twoimi spostrzeżeniami, czasami... warto jednak wyjść z ramy :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Świetnie to wszystko napisałaś. Faktycznie stosując czysto Amerykański wzorzec zostalibyśmy uznani za wariata ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chciałam napisać dokładnie to samo :D:)

      Usuń
  7. Szkoda, że w "naszej polskiej" wersji jest tyle "ale" :( ALE zgadzam się z Tobą. Można znaleźć nasze sposoby na okazanie uprzejmości, życzliwości. Te, które wymieniłaś bardzo mi się podobają :) Czasami je praktykuję. Dobrym pomysłem jest też np. przytrzymanie drzwi, aby osoba idąca za nami mogła swobodnie przejść i uśmiechnięcie się przy okazji. Lubię patrzeć na ludzi w komunikacji miejskiej i zauważyłam coś niesamowitego! Zazwyczaj ludzie siedzą albo stoją zamyśleni/ zasłuchani/ zaczytani. Większość ma poważne miny, zmarszczki mimiczne niektórych sugerują, że ponure i smutne z nich osoby... Ale niech tylko zadzwoni jakaś bliska im osoba a twarz się rozpromienia, widać pozytywne emocje i uczucia, które udzielają się otoczeniu. Czasami taki uśmiech może dać komuś powera na cały dzień, a właściwie nic nas nie kosztuje.... Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie! Też często zwracałam na to uwagę właśnie w autobusie czy pociągu. I właśnie dzięki takim obserwacjom już nie powielałabym uparcie stereotypu ponurego Polaka. Bo to nie do końca tak wygląda :)

      Usuń
  8. Tak bym chciała żeby ludzie zachowywali się bardziej jak w Ameryce!! Właśnie jak się uśmiechasz na ulicy do kogoś to od razu Cię postrzegają jak jakiegoś dziwoląga :/ Smutne to. A miałam taką sytuację w Irlandii, że zderzyłam się na ulicy z jakimś Panem i po stokroć mnie przepraszał. W Polsce raczej usłyszalabnym 'jak ku#wa chodzisz???' :/ Bardzo pozytywnie mnie to zaskoczyło :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Niestety, jak to powiedział któryś z medialnych coachów, winę za to ponosi PRL-owska rzeczywistość, która pozbawiła nas (głównie naszych rodziców, dziadków, a my przejęliśmy to od nich) zwykłego zaufania do drugiego człowieka, uśmiechu i bezinteresowności. Skoro ktoś mi coś daje, albo mnie komplementuje znaczy, że zaraz będzie chciał "coś załatwić"! Trzeba uważać i nie ma co się za bardzo spouchwalać :P Tak słyszę od starszych pokoleń.
    Maszą rolą- młodych pokoleń jest z tym walczyć (w końcu podróżujemy-bo możemy, obserwujemy, wyciągamy wnioski i ... widzimy, że w swoim bezpodstawnym zacietrzewieniu nie jesteśmy szczęśliwi!). Niestety obserwuję, że często młode pokolenia przejmują bez zastanowienia gotowe wzorce zachowań od starszych, nic nie zmieniają i ... narzekają, bo.... są nieszczęśliwi. Pozdrawiam! Bardzo fajny post:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety jest to nasz narodowy zwyczaj;) Jedna z moich "zagranicznych" znajomych wspominała, że jej głównym wspomnieniem z pracy - było właśnie ciągłe narzekanie polskiej pracodawczyni:)

      Usuń
  10. Czasem zdarza mi się przepuścić w kolejce do kasy kogoś, kto ma 1-2 zakupy (a ja pełen koszyk). Jedna pani kiedyś powiedziała, że nigdy jeszcze nie spotkała się z takim aktem życzliwości :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Jak najbardziej się zgadzam! Realia Polskie i takie ze Stanów naprawdę bardzo się różnią, Amerykanie to inna kultura niż my i trudno było by zastosować te same triki, fajnie, że ktoś zwrócił na to uwagę ;)

    OdpowiedzUsuń