23 października 2013

Pokochać siebie - czyli sposób na zaakceptowanie urodowych niedoskonałości

Nie jestem specjalistką od samoakceptacji, ale wiem jedno. Z kompleksami jest tak samo, jak z wszelkimi innymi niedogodnościami w życiu: można siąść, płakać, użalać się nad sobą i całe życie przejmować się swoimi mankamentami (często tylko wymyślonymi i wyolbrzymionymi przez nas same) albo coś zmienić - w swoim myśleniu oraz praktycznie.

Obie metody są dobre i najlepiej łączyć je w wyważony sposób, ale szczerze mówiąc, szczególnie polecam drugi sposób czyli aktywne zmiany.  


Od razu tłumaczę - nie chodzi mi o to, że nie jesteśmy w stanie zaakceptować swojego ciała, jeżeli go nie zmienimy. Nie mam na celu zachęcenie was do tego, abyście po przeczytaniu tego posta rzuciły wszystko i udały się do chirurga plastycznego. Chodzi mi raczej o zmianę sposobu myślenia o problemie poprzez podjęcie działania.

Zauważyłam, że w kwestii urodowych niedoskonałości już sam fakt podjęcia jakiegoś działania, świadome zadbanie o siebie przynosi niesamowicie pozytywne skutki. I wcale nie mam tutaj na myśli inwazyjnych zabiegów, ale raczej chęć zrobienia czegoś dla siebie - z szacunku i miłości do własnego ciała i własnej osoby.

Najprościej będzie wyjaśnić mi to na własnym przykładzie. 

Od zawsze miałam zastrzeżenia w kwestii swoich włosów. Może nie są moim wielkim kompleksem, ale jakoś nigdy ich lubiłam.  Są cienkie, delikatne, falowane. Zawsze marzyłam o gęstych, prostych włosach. 

Na pierwszy rzut oka sytuacja beznadziejna - nigdy nie będę miała naturalnie takiego typu włosów. Ale przecież nie oznacza to, że nie mogę niczego zrobić. Jeżeli nawet nie mogę mieć grubych, gęstych włosów, to mogę zadbać chociaż o to, by były zdrowe i jak najlepiej wyglądały. 

Wtedy napotkałam w sieci stronę Anwen. Jej blog to było coś, czego szukałam. Totalnie zainspirowała mnie do zmian. Zaczęłam czytać wszystkie posty od początku. Właśnie zakończyłam trzymiesięczną kurację, polegającą na piciu naparu z pokrzywy (swoją drogą naprawdę widzę niesamowite efekty!), całkowicie przestałam korzystać z prostownicy. Teraz zaczynam realizować kolejny krok, by umilić moim włosom życie.

Jestem nastawiona nie tyle na rezultat, co na samo działanie. Nie oczekuję spektakularnych efektów. Zauważyłam po prostu, że ogromną przyjemność sprawia mi wyszukiwanie i poznawanie nowych sposobów pielęgnacji, testowanie, wprowadzenie nowych nawyków. Nie spodziewam się rewolucyjnych zmian, ale szczerze mówiąc, zaczęłam już w zupełnie inny sposób patrzeć na swoje włosy. I nawet usłyszałam ostatnio kilka komplementów na ich temat. 

Myślę, że można się w ten sposób odnieść do wszelkich innych 'mankamentów' swojego ciała. Spróbować nowych technik makijażu, zadbać o odpowiednią pielęgnację, poprzeglądać urodowe blogi w poszukiwaniu inspiracji. 

Nie wszystko możemy zmienić, ale swoje podejście do problemu zawsze. I to jest w mojej opinii prawdziwy klucz do sukcesu.


Zobacz też mój profil na Facebooku
Obserwuj Happyholic na BlogLovin 

27 komentarzy
  1. zgadzam się ze wszystkim co napisałaś! Od 3 lat walczę z trądzikiem i nic nie pomaga, ale nie poddaję się. Jest to coś, czego nigdy nie zaakceptuję - pamiętam, jak wyglądało moje życie sprzed okresu "zasyfienia" mojej twarzy. Sprawdzam każdą ewentualność powoli eliminując możliwe przyczyny trądziku. Mam nadzieję, że jestem na dobrej drodze i w końcu będę mogła kopnąć mój największy kompleks w dupsko!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Idź do dobrego dermatologa, hormony albo izotretynoina leczą trądzik z ponad 90% skutecznością, trądzik nie powraca, a jeśli podczas jednorazowej kuracji nie da się go aż tak zadowalająco zredukować, to kurację można powtórzyć i wtedy gwaratuję spokój. Piszę z własnego doświadczenia. I to odnosi się to posta również: jak czegoś nie lubimy to postarajmy się to zredukować/pozbyć się tego, a jak się nie da, to zrobić wszystko, by ta część ciała wyglądała jak najlepiej.

      Usuń
    2. Trądzik, moja zmora:(
      Prawdziwa skarbnica wiedzy http://kosmostolog.blogspot.com/
      Oczywiście dobry dermatolog, niestety wiem z własnego doświadczenie, że ten na usługach NFZ daje tylko antybiotyk + maść więc na spektakularny efekt nie ma co liczyć.
      W listopadzie kończę kurację lekiem o nazwie Axotret, zapraszam.

      Usuń
    3. Drogi Krasnalu!
      Doskonale wiem jak trądzik może spaskudzić życie. U mnie problemy zaczęły się od kosmetyków właśnie, które codziennie namiętnie wcierałam w twarz w nadziei bycia piękniejszą. W efekcie przez kilka lat walczyłam z okropnym trądzikiem, przybierającym swoją najokrutniejszą postać: okropne, wielkie podskórne cysty, które tkwiły w skórze tygodniami. I żadne leki przepisane przez dermatologa, czy specjalne drogie kosmetyki mi nie pomogły, a już na pewno nie tona tapety (czy zestawu małego chemika jak kto woli:P), którą można nakładać szpachelką:). Dam Ci dobrą radę: po prostu nie myśl tyle o nim, a przede wszystkim daj odpocząć swojej twarzy od wszelakich (w moim przypadku) albo przynajmniej większej części drogeryjnych produktów kosmetycznych. To chyba najlepsze co można zrobić dla cery. Polecam także spożywanie tranu (u mnie świetnie spisał się tran do picia) albo oleju z wiesiołka (też pitny). U mnie najbardziej sprawdziło się mycie buzi samą wodą (oczywiście nie używałam żadnego makijażu), do tego nawilżałam buzię rano i wieczorem olejkiem jojoba. Kuracja trwała kilka miesięcy, ale dzięki temu problem ropnych cyst i przetłuszczanie zniknął:)) Teraz wystarczy mi taka minimalna pielęgnacja, używam też filtrów przeciwsłonecznych, a do "makijażu" używam pudru perełkowego z Biochemii Urody (ups, taka mała reklama:), ale te pudry są naprawdę świetne!). Zmywam wszystko płynem micelarnym.
      Wiem, że to trudne, zwłaszcza że teraz kosmetyków jest na pęczki i ciężko powstrzymać się przed wypróbowaniem nowego "cudu" jakie obiecują producenci. Niestety żadnych cudów nie ma, nie dajmy się nabijać w butelkę. Dawniej gdyby ktoś powiedział, żebym myła twarz samą wodą i zrezygnowała z makijażu popukałabym się w czoło:D Oczywiście nie namawiam na takie drastyczne zmiany, ale warto zastanowić się nad tym, co i ile kładziemy na nasze twarzyczki. No i dieta też jest ważna, być może mamy na coś uczulenie. Nie chcę udawać żadnego znawcy, ale po tym co przeszłam, wiem, że im mniej cuduję z twarzą tym lepiej:D Wiadomo, że kobiety chcą wyglądać perfekcyjnie i cały czas chcą coś poprawiać, ale taka dziewicza, naturalna twarz, nawet z kilkoma niedoskonałościami, też może być piękna. Tak jak w tytule - pokochajmy siebie!
      Pozdrawiam i życzę Ci powodzenia w walce o piękną skórę!
      Jurata

      Usuń
  2. Zawsze miałam cienkie włosy o mysim kolorze, jak patrze na te chude kitki na zdjęciach z dzieciństwa to jestem w szoku, bo teraz mam gęste (choć nadal cienkie) włosy do pasa o miedzianym połysku, miękkie i piękne. Delikatne szampony, prawie codzienne wieczorne masaże głowy połączone z jakąś wcierką i regularne olejowanie sprawiły, że kocham swoje włosy. Nie chciałabym niczego zmieniać w ich wyglądzie. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Zgadzam się z Twoim wpisem: mam figurę "jabłko" i muszę włożyć dużo pracy w to, żeby mój brzuch wyglądal jako tako (nigdy nie był idealny, a teraz mam na nim tłuszczyk i celulit). Cokolwiek zrobię dla jpoprawy jego wyglądu (ćwiczenia, marsz, masaż) od razu lepiej się czuję i lepiej myślę o swoim wyglądzie:-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Widzisz - każdy marzy o tym czego nie ma ;) ja mam tak proste włosy, że kiedy z okazji ślubu przyjaciół, na którym byłam świadkiem, zafundowałam sobie fale to wychodząc z salonu fryzjerskiego wyglądałam jak gwiazda filmowa, a gdy dojechaliśmy na uroczystość wyglądałam jakbym się rano nie uczesała :( moje włosy są tak proste i tak ciężkie, że poza trwałą ondulacją nic ich nie zakręci ... ale też się tym nie martwię!

    OdpowiedzUsuń
  5. Zmiana sposobu myślenia to najważniejsze co powinno się zrobić przy nauce kochania siebie. Dziś właśnie co nieco pisałam na ten temat, choć bardziej w sferze ducha. Jeśli umiejętność stworzenia pozytywnych myśli opanujemy do perfekji, będziemy na najlepszej drodze do szczęscia z samym sobą! A o to przecież chodzi, prawda? Żeby zmienić podejście do irracjonalnych problemów, jakie sobie wymyślamy, i stać się swoim przyjacielem. W każdej sferze życia.

    OdpowiedzUsuń
  6. oj ja akurat na włosy nie narzekam, ale mam masę rzeczy :)) z którymi codziennie walczę :))

    OdpowiedzUsuń
  7. Jako nastolatka chciałam usilnie zwalczyć piegi. Teraz wiem, że piegi nie są moim kompleksem. Mam inny. Wiem, że gdy będzie mnie stać to zwalczę problem ale to spore koszta na chwilę obecną więc czekam.

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja tak mam z panokciami. Nigdy nie mogłam dać sobie rady ze skórkami, mam typowo "męski" kształt paznokci, nigdy ich ładnie nie umiałam pomalować. Ale wzięłam się w garść! Skórki regularnie wycinałam, nauczyłam sie i ładnie je malować. Mama stwierdziła, że płytka się ładnie wydłużyła więc cel chyba osiągnięty! :)

    OdpowiedzUsuń
  9. właściwe i zdrowe podejście ;)

    OdpowiedzUsuń
  10. Chyba nie ma kobiety, która byłaby w 100% zadowolona ze swojego wyglądu... Każdy ma jakieś kompeksy, mniejsze czy większe. Grunt to skupiać się na tym, co nam się w sobie podoba! Nie mam ładych włosów, ok, ale za to jakie zgrabne nogi i duże oczy! I do przodu! :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Że też pomyśleć, że wczoraj kupiłam herbatkę pokrzywową :))

    OdpowiedzUsuń
  12. Zgadzam się z Tobą :) Trzeba próbować zwalczać swoje kompleksy :)

    OdpowiedzUsuń
  13. A ja przeczytałam ostatnio gdzieś {nie będzie to cytat}, że sprawy mają taką wagę, jaką sami im nadajemy :) dlatego więc kiedy denerwuje mnie mój początkujący cellulit na udach {podobno widzę go tylko ja ;p} to po pierwsze ograniczam możliwości rozwoju cellulitu, a po drugie myślę sobie, że przecież to nie jest aż tak ważne... na przestrzeni wszechświata... czymże jest mój nibycellulit?
    Po co się zadręczać? Sama staram się umniejszyć wagę tego mojego "kompleksu" :) bo tak na prawdę tylko my sami mamy taką moc, żeby umniejszyć wagę naszych kompleksów. Niczyje słowa do nas tak nie trafią... :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Ja obgryzałam paznokcie odkąd mam zęby :) może to śmieszne, wcześniej jakoś nie widziałam w tym problemu, ale odkąd nastała era tipsów i takich tam cudownych upiększaczy, dosłownie wstydziłam się wyciągnąć do kogoś rękę. Odkryłam manicure hybrydowy, spróbowałam i pomógł mi zwalczyć ten nałóg. Dodało mi to pewności siebie i poczułam się wręcz piękna. Taka mała rzecz, a tyle radości :) i najważniejsze - w końcu wyglądam jak kobieta :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Gdy byłam w wieku 12-17 lat miałam mnóstwo kompleksów, myślałam że jestem gruba, brzydka, mam brzydkie włosy, straszne ubrania, nie umiałam znaleźć swojego stylu. Dopiero tak naprawdę w wieku 20 lat nabrałam pewności siebie, co mi pomogło? Myślę, ze powodzenie wśród mężczyzn miało spore znaczenie. Nasłuchałam się komplementów. Dostałam stypendia naukowe, więc miałam więcej pieniędzy, mogłam sobie pozwolić na fajniejsze ubrania, zaczęłam się malować. Później brałam udział w różnych przedsięwzięciach, organizowałam koncerty, akcje charytatywne, bardzo mnie to podbudowało. 1,5 roku temu też trafiłam na blog Anwen i dzięki niemu udało mi się choć trochę poprawić stan moich włosów, co dodaje mi dużo większej pewności siebie :) Zaczęłam prowadzić swój blog, czytelniczki zaczęły mnie doceniać i staję się coraz szczęśliwszym człowiekiem, kompleksy mam, ale bardzo rzadko o nich myślę. Według mnie z kompleksów po czasie można wyrosnąć. W życiu są ważniejsze rzeczy.

    OdpowiedzUsuń
  16. To wszystko prawda! Są rzeczy, których nie przeskoczymy, ale zawsze możemy się starać wyglądać najlepiej na miarę możliwości. A włosy masz super - jakoś tak już jest, że ja jako prostowłosa zawsze marzyłam o falach! :D

    OdpowiedzUsuń
  17. Mi przeszkadzają uda... ciężka praca czeka ;)

    OdpowiedzUsuń
  18. Świetny blog o włosach! Z pewnością sama przeczytam od deski do deski, bo moje włosy też wołają o pomstę do nieba :)

    OdpowiedzUsuń
  19. Podobno wszystkie ograniczenia siedzą w naszych głowach... czasem nawet nie zdajemy sobie z nich sprawy. Z kompleksami jest podobnie, wszystko w naszych głowach. Gdy zaakceptowałam siebie, zmieniłam sposób myślenia, jestem szczęśliwsza, odważniejsza, pewniejsza siebie i osiągam cele, które sobie wyznaczam : )

    OdpowiedzUsuń
  20. To proste jest. Chyba każda dziewczyna nie czuje się atrakcyjnie i dobrze w swoim ciele, gdy nie wygląda ładnie. Kiedy mi się nie chce, zakładam bluzę, wiążę włosy i nie powiem, jest mi superwygodnie, ale pod względem kobiecości czuję się jak worek. Dlatego czasem potrzebuję umalować nie tylko rzęsy, ale i powieki, ładnie się uczesać czy założyć obcasy, nawet do jeansów. Każda dziewczyna ma jakieś swoje nielubisie w wyglądzie, ale rozwiązania na to są trzy i to magicznie proste: 1. zaakceptować i zmienić poglądy, 2. tymczasowo schować i pracować nad zmianą, 3. nie chować, jeśli się nie chce, ale pracować. Mam obwisły tyłek i grube uda, a tłuszcz wylewa mi się zewsząd, to nie noszę legginsów i obcisłych bluzek, tylko podnoszę tę dupę, zakumplowuję się z Chodakowską i haruję na to, żeby być szczęśliwa we własnym ciele, a nie tylko narzekam. Albo akceptuję siebie, jaką jestem i ubieram stosownie. Przepraszam, że tak agresywnie, ale zwyczajnie wkurza mnie już to ciągłe narzekanie ludzi na ich biedny los. Dobrze, że ostatnio coraz więcej pojawia się takich jak Ty, pozytywów. Gratuluję pracy nad sobą i życzę świetnych efektów!

    OdpowiedzUsuń
  21. dokładnie takie podejście jest najważniejsze...no niektórzy siądą, płaczą i narzekają....ale od samego narzekania nic się nie zmieni...trzeba działać :):):):)

    OdpowiedzUsuń
  22. Witam, uwielbiam Twojego bloga, przyglądam mu się od dawna i dlatego uznałam, że nominuję Cię do liebster blog award
    http://fabulous-christmas.blogspot.com/2013/10/nominacja-liebster-blog.html
    pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  23. Uwielbiam czytac Twoje blogi :)ja dopiero zaczynam ale mam nadzieje ze umile Ci chwile :)dlatego zapraszam do mnie

    OdpowiedzUsuń
  24. Cieszę się, że nie jestem odosobniona w takim patrzeniu na sprawę swojego wyglądu, mądrze napisane. :)

    OdpowiedzUsuń