22 kwietnia 2014

Perełki Tygodnia: 22.04.2014

Książka Tygodnia


"Marzenia są po to, żeby je spełniać" - powiedział On. I tak oto za tydzień będziemy w miejscach, o których zobaczeniu marzyłam dosłownie latami. Ot tak. Wszystko to zaplanowane i zorganizowane w zaledwie kilka tygodni. 

Florencja i Rzym zawładnęły moim umysłem i w każdej wolnej chwili chłonę inspiracje i wczuwam się w ten niepowtarzalny klimat. Zaznaczam na mapie miejsca, w których chcę podziwiać kolejne zachody słońca. A książka Muratowa jest teraz moją ulubioną lekturę - rozkoszuję się każdym słowem, czytając niektóre fragmenty po kilka razy...

"Najbliższy Florencji będzie ten, kto kocha. Dla pielgrzymów miłości jest to miejsce święte: tu, w tym świetlistym powietrzu, łatwiej i czyściej płonie serce. Szczęście miłości jest tu wznioślejsze, cierpienie - piękniejsze, rozłąka - słodsza. (...) Wszystko, co tu powstało, stworzyła miłość."
 


 

Muzyka Tygodnia

Czasem słyszysz po raz pierwszy piosenkę i już uśmiechasz się z sentymentem słysząc jej tekst. Dla mnie to właśnie jedna z takich piosenek. Chociaż osobiście wolę chyba opcję bez teledysku.

 


Linki Tygodnia

15 kwietnia 2014

Perełki Tygodnia: 15.04.2014

Smaki Tygodnia


Ziołowe bułeczki...a nie mówiłam, że zajmę się wypiekami? Pyszne i aromatyczne, idealne na niedzielny poranek.


 

Muzyka Tygodnia

Dobre bo polskie.



 

Linki Tygodnia

10 kwietnia 2014

Przebłysk #2 Wszystkie twarze w autobusie wyglądają tak samo

Wspominałam wam już o tym, jakie wrażenie wywarł na mnie tekst Malwiny o tym, jak poznawać fajnych ludzi. I chociaż przeczytałam go po raz pierwszy dwa tygodnie temu, codziennie wracam do niego myślami. A może nie tyle do samego wpisu, co do myśli jakie zakiełkowały w mojej głowie po jego konsumpcji.

Codziennie mijamy na ulicy, w sklepie, na uczelni setki ludzi. Każdy z nich nosi swoją własną historię, ma swoje pasje, zainteresowania. Swoje własne spojrzenie na świat, specyficzne poczucie humoru, bardziej lub mniej śmiałe marzenia.

Najpierw odrobina totalnej abstrakcji. Gdyby tak poznać każdą z tą osób, którą spotykamy na swojej drodze w przeciągu powiedzmy jednego dnia? Zamienić z każdą z nich kilka słów, wyjść gdzieś razem, wypić kawę. 



Jestem przekonana, że wśród tych ludzi znalazłyby się osoby, z którymi nadawalibyśmy na tych samych falach. Ludzie, którzy potencjalnie mogliby zostać naszymi najlepszymi przyjaciółmi. Osoby, z którymi łączą nas jakieś pasje i zainteresowania, którzy mogliby zostać naszymi znajomymi "od czegoś" - koleżanka, z którą wybierzemy się na ściankę wspinaczkową, czy kolega, z którym moglibyśmy godzinami dyskutować o filmach. Miłość życia? Również niewykluczone.

A teraz drugie pytanie? Z iloma osobami, które spotykamy wchodzimy w jakąkolwiek interakcję? 

"Wszystkie twarze w autobusie wyglądają tak samo" - kilka lat temu grafika z takim właśnie zdaniem przykuła moją uwagę do tego stopnia, że po prostu musiałam ją wydrukować i powiesić nad biurkiem. Nie wiedziałam, co tak mnie w niej poruszyło, ale nie mogłam uwolnić się od tych słów.

Dokładnie to samo zdanie przypomniałam sobie teraz. Bo czy nie jest tak, że patrzymy na inne osoby, jakby nie były do końca realne? Wszyscy tacy sami, tłum obcych ludzi i my. 

I w takim momencie zastanawiam się czy idziemy w dobrym kierunku. Kiedyś każdy znał się z każdym. Na moim osiedlu stały cztery dziesięciopiętrowe bloki. Setki rodzin. Wszystkie dzieciaki spotykały się na podwórku i naprawdę wszyscy się znaliśmy. Czasem lepiej, czasem pobieżnie. Jednych lubiliśmy bardziej, innych mniej. Ale praktycznie każdy wśród tych osób znalazł kogoś, z kim całymi dniami mógł spędzać czas i obmyślać kolejne szalone zabawy.

Dorośli wsiadali do windy i zawsze ze sobą rozmawiali. No dobrze - o pogodzie, bieżących sprawach. Ale nikt nie stawał tyłem do siebie by jakoś przemęczyć te kilkadziesiąt sekund w przymusowym towarzystwie sąsiada, tylko uśmiechał się i wymieniał kilka słów. Nie pamiętam też takiego wyjścia do sklepu, gdy moja mama nie rozmawiałaby z teoretycznie obcymi ludźmi w kolejce. Samo przebywanie w tym samym miejscu, w tej samej sytuacji stanowiło pretekst do rozmowy i wejścia w kontakt z drugim człowiekiem.

I oczywiście takie pogawędki nie przerodziły się nigdy w jakąś szaleńczą przyjaźń, ale sama otwartość tego typu budzi we mnie jakieś tęskne odczucia.

Sama nie potrafiłabym do kogoś podejść i zacząć rozmowy. Ale gdy o tym głębiej pomyślę, dochodzę do wniosku, że przez takie zamknięcie się na innych ludzi możemy naprawdę dużo tracić. Nie daje mi spokoju myśl, że jest tyle fantastycznych osób, których nigdy nie poznam. 

Ten tekst nie będzie miał żadnej praktycznej puenty. Nie będę namawiać nikogo do tego, by szaleńczo zagadywał napotykane osoby, szukając w nich przyjaciół. Nie myślę też, żeby ilość znanych nam osób była tak ważna jak ich jakość. Kilku przyjaciół może znaczyć więcej niż setki znajomych - i zazwyczaj naprawdę znaczy. 

Ale zostawiam was z myślą, która wciąż dobija się w mojej głowie. Czy nie powinniśmy wreszcie przestać udawać takich samowystarczalnych indywidualistów i inaczej spojrzeć na nawiązywanie kontaktów z innymi?

Takie pomysły jak "casting na przyjaciela" z wspomnianego tekstu, czy rozwieszenie na osiedlu ogłoszenia wzywającego wszystkich chętnych mieszkańców do poznania swoich dotychczas obcych i obojętnie mijanych sąsiadów na placu przed blokiem (o którym czytałam kiedyś w którymś czasopiśmie) budzą we mnie wyjątkowo pozytywne odczucia. Bo jest we mnie jakaś tęsknota za poznawaniem nowych osób. Zrzucenia z twarzy tej maski, mówiącej "mijam cię, nie znam cię, jesteś mi obojętny". 

Wiem, że pojechałam dziś wyjątkowo filozoficznie, ale ostatnio naprawdę sporo nad tym myślałam. Cytując Malwinę "jedynym czynnikiem, który powstrzymuje człowieka przed poszerzaniem swojego grona znajomych jest on sam". Może pora zmienić coś w swoim podejściu do tematu?