15 kwietnia 2014

Perełki Tygodnia: 15.04.2014

Smaki Tygodnia


Ziołowe bułeczki...a nie mówiłam, że zajmę się wypiekami? Pyszne i aromatyczne, idealne na niedzielny poranek.


 

Muzyka Tygodnia

Dobre bo polskie.



 

Linki Tygodnia

10 kwietnia 2014

Przebłysk #2 Wszystkie twarze w autobusie wyglądają tak samo

Wspominałam wam już o tym, jakie wrażenie wywarł na mnie tekst Malwiny o tym, jak poznawać fajnych ludzi. I chociaż przeczytałam go po raz pierwszy dwa tygodnie temu, codziennie wracam do niego myślami. A może nie tyle do samego wpisu, co do myśli jakie zakiełkowały w mojej głowie po jego konsumpcji.

Codziennie mijamy na ulicy, w sklepie, na uczelni setki ludzi. Każdy z nich nosi swoją własną historię, ma swoje pasje, zainteresowania. Swoje własne spojrzenie na świat, specyficzne poczucie humoru, bardziej lub mniej śmiałe marzenia.

Najpierw odrobina totalnej abstrakcji. Gdyby tak poznać każdą z tą osób, którą spotykamy na swojej drodze w przeciągu powiedzmy jednego dnia? Zamienić z każdą z nich kilka słów, wyjść gdzieś razem, wypić kawę. 



Jestem przekonana, że wśród tych ludzi znalazłyby się osoby, z którymi nadawalibyśmy na tych samych falach. Ludzie, którzy potencjalnie mogliby zostać naszymi najlepszymi przyjaciółmi. Osoby, z którymi łączą nas jakieś pasje i zainteresowania, którzy mogliby zostać naszymi znajomymi "od czegoś" - koleżanka, z którą wybierzemy się na ściankę wspinaczkową, czy kolega, z którym moglibyśmy godzinami dyskutować o filmach. Miłość życia? Również niewykluczone.

A teraz drugie pytanie? Z iloma osobami, które spotykamy wchodzimy w jakąkolwiek interakcję? 

"Wszystkie twarze w autobusie wyglądają tak samo" - kilka lat temu grafika z takim właśnie zdaniem przykuła moją uwagę do tego stopnia, że po prostu musiałam ją wydrukować i powiesić nad biurkiem. Nie wiedziałam, co tak mnie w niej poruszyło, ale nie mogłam uwolnić się od tych słów.

Dokładnie to samo zdanie przypomniałam sobie teraz. Bo czy nie jest tak, że patrzymy na inne osoby, jakby nie były do końca realne? Wszyscy tacy sami, tłum obcych ludzi i my. 

I w takim momencie zastanawiam się czy idziemy w dobrym kierunku. Kiedyś każdy znał się z każdym. Na moim osiedlu stały cztery dziesięciopiętrowe bloki. Setki rodzin. Wszystkie dzieciaki spotykały się na podwórku i naprawdę wszyscy się znaliśmy. Czasem lepiej, czasem pobieżnie. Jednych lubiliśmy bardziej, innych mniej. Ale praktycznie każdy wśród tych osób znalazł kogoś, z kim całymi dniami mógł spędzać czas i obmyślać kolejne szalone zabawy.

Dorośli wsiadali do windy i zawsze ze sobą rozmawiali. No dobrze - o pogodzie, bieżących sprawach. Ale nikt nie stawał tyłem do siebie by jakoś przemęczyć te kilkadziesiąt sekund w przymusowym towarzystwie sąsiada, tylko uśmiechał się i wymieniał kilka słów. Nie pamiętam też takiego wyjścia do sklepu, gdy moja mama nie rozmawiałaby z teoretycznie obcymi ludźmi w kolejce. Samo przebywanie w tym samym miejscu, w tej samej sytuacji stanowiło pretekst do rozmowy i wejścia w kontakt z drugim człowiekiem.

I oczywiście takie pogawędki nie przerodziły się nigdy w jakąś szaleńczą przyjaźń, ale sama otwartość tego typu budzi we mnie jakieś tęskne odczucia.

Sama nie potrafiłabym do kogoś podejść i zacząć rozmowy. Ale gdy o tym głębiej pomyślę, dochodzę do wniosku, że przez takie zamknięcie się na innych ludzi możemy naprawdę dużo tracić. Nie daje mi spokoju myśl, że jest tyle fantastycznych osób, których nigdy nie poznam. 

Ten tekst nie będzie miał żadnej praktycznej puenty. Nie będę namawiać nikogo do tego, by szaleńczo zagadywał napotykane osoby, szukając w nich przyjaciół. Nie myślę też, żeby ilość znanych nam osób była tak ważna jak ich jakość. Kilku przyjaciół może znaczyć więcej niż setki znajomych - i zazwyczaj naprawdę znaczy. 

Ale zostawiam was z myślą, która wciąż dobija się w mojej głowie. Czy nie powinniśmy wreszcie przestać udawać takich samowystarczalnych indywidualistów i inaczej spojrzeć na nawiązywanie kontaktów z innymi?

Takie pomysły jak "casting na przyjaciela" z wspomnianego tekstu, czy rozwieszenie na osiedlu ogłoszenia wzywającego wszystkich chętnych mieszkańców do poznania swoich dotychczas obcych i obojętnie mijanych sąsiadów na placu przed blokiem (o którym czytałam kiedyś w którymś czasopiśmie) budzą we mnie wyjątkowo pozytywne odczucia. Bo jest we mnie jakaś tęsknota za poznawaniem nowych osób. Zrzucenia z twarzy tej maski, mówiącej "mijam cię, nie znam cię, jesteś mi obojętny". 

Wiem, że pojechałam dziś wyjątkowo filozoficznie, ale ostatnio naprawdę sporo nad tym myślałam. Cytując Malwinę "jedynym czynnikiem, który powstrzymuje człowieka przed poszerzaniem swojego grona znajomych jest on sam". Może pora zmienić coś w swoim podejściu do tematu?

09 kwietnia 2014

Przebłysk #1 Rodzina a szczęście

W drodze ostatnich doświadczeń wpadłam na pomysł zupełnie nowego cyklu wpisów o enigmatycznej etykiecie 'przebłysk'. Bo ostatnio coraz więcej w mojej głowie takich właśnie momentów, w których dochodzę do oczywistych, ale megaistotnych wniosków.

To będą wpisy inspirowane najczęściej moimi spotkaniami, rozmowami z innymi ludźmi. Obserwacją tego jak się zachowują, co sprawia im radość, poczucie spełnienia. Bo już od dawna idę przez życie z dewizą, że drugi człowiek jest największą inspiracją.

Książki, artykuły, czasopisma dają nam masę różnych wskazówek. Ale człowiek to coś zupełnie, zupełnie innego. Widzę błysk w czyimś oku i już nie muszę szukać dowodów na to, że to o czym opowiada jest dla tego kogoś naprawdę ekscytujące. Widzę momenty, w których jest szczęśliwy i tego nie zastąpi nawet 1000 najmądrzejszych słów przeczytanych w książce.

Często też sama wpadam na jakąś myśl, która sprowadza mój umysł na zupełnie inne tory. Uwielbiam te momenty. Takie 'odkrycia' również będą się tutaj pojawiać.

No dobrze. Nie będę już tak zupełnie dyskredytować tych książek. Jeżeli przeczytam coś, co sprawi że spadnę z fotela również o tym napiszę. Bo inspiracje są wszędzie. Cała sztuka to nie zamykać się na nie, umieć je dostrzec i co najważniejsze - wziąć z nich coś realnego dla siebie. Bo inspiracja odnaleziona ale w żaden sposób niewykorzystana, nie znaczy praktycznie nic.

Dzisiaj chciałam napisać wam o tym, jak jedna osoba i jej zachowanie oraz słowa kompletnie zmieniły moje spojrzenie na kontakty z rodziną. No i widzicie. To jest fantastyczny przykład przebłysku.


Czytałam setki razy o tym, że osoby, które utrzymują szczególnie bliskie kontakty z rodziną są szczęśliwsze. Zresztą nie trzeba być geniuszem, by odkryć taką zależność. Wiedziałam to, ale...może nie wierzyłam, że ma to aż takie znaczenie.

Bo z rodzicami zawsze miałam bardzo dobre stosunki. Mam naprawdę cudowną, kochającą rodzinę. Ale zawsze żyłam jakby obok. Cześć, cześć. Jak w pracy, szkole? Dobrze, nic ciekawego. I znikałam w swoim pokoju. Bo miałam przy sobie osobę, która potrafiła zastąpić mi wszystkich. Najlepszego przyjaciela. 

Dopiero teraz (po raz kolejny w przeciągu zaledwie kilku tygodni) widzę, jak beznadziejnie głupim pomysłem jest zamykanie się na jedną osobę. Pisałam już o tym w poście o znaczeniu innych ludzi w naszym życiu. Z rodzicami sytuacja okazała się dokładnie taka sama. Wydawało mi się, że takie poprawne, ciepłe ale zdystansowane stosunki wystarczą. Bo jestem dorosła, rodzice są dla mnie wsparciem, ale nie przyjaciółmi bla bla bla.

Aż poznałam osobę, której zachowanie bezlitośnie obnażyło to, jak mało daje od siebie swoim rodzicom. I w przypadku tej osoby nie mówimy bynajmniej o toksycznie zażyłych relacjach. Nawet nie mieszkają już razem, a jednak emocjonalnie są bliżej niż w ogóle mogłam sobie to wyobrazić. 

Zwykły telefon, zapytanie jak czuje się bliska nam osoba. Pomoc w ogrodzie, w domu. Wspólne spacery, obiady. Czas. Po prostu czas dla bliskich. Czyli coś czego ja nigdy nie miałam. Bo przecież tyle zajęć, rzeczy do zrobienia. Rozmowa z rodzicami dłuższa niż 15 minut? Abstrakcja. 

A oprócz czasu po prostu ta wyczuwalna w głosie czułość i szacunek podczas opowieści o którymś z członków swojej rodziny. Totalnie mnie to zauroczyło. I zawstydziło.

I wreszcie gdy usłyszałam od Niego, że mój tata wydaje się przesympatycznym facetem. No kurczę! Oczywiście, że taki właśnie jest. Tylko czemu ktoś z zewnątrz musi mi o tym przypominać? Przecież sama doskonale o tym wiem.

Kto potrafi zerwać się na nogi o 5 rano, by podwieźć mnie na pociąg? Kto zawsze, ale to zawsze wita mnie uśmiechem i tryska dobrym humorem?  Kto podczas śmiechu mruży oczy dokładnie tak samo jak ja? Kto bez najmniejszego śladu złości potrafi wstać w środku nocy by otworzyć mi drzwi, gdy zapomnę kluczy? Kto potrafi jeździć na rowerze po najbliższej okolicy i robić dla mnie zdjęcia do projektu na studia?


Tak samo z mamą. Nikt nie ma takiej intuicji co do moich spraw jak ona. Już w pierwszej klasie podstawówki, gdy pokazałam jej grupową fotografię bez mrugnięcia okiem potrafiła odgadnąć, w którym koledze byłam bezgranicznie zakochana. I tak zostało do teraz. Kto po powrocie z jakiegokolwiek wyjazdu zawsze wita mnie moją ukochaną zupą (nikt, ale to nikt nie umie przyrządzać takiego barszczu jak moja mama!)? Na kogo pomoc wszyscy bliscy zawsze mogą liczyć?

 Zadziałało.

Zakończenie tego wpisu nie będzie hurraoptymistyczne. Nie stałam się z dnia na dzień cudowną córeczką. Bo mam swój charakterek i głupia duma po prostu nie pozwoliłaby mi stać się tak po prostu przymilnym skarbem rodziców. Muszę trochę dogadywać i odrobinę się podroczyć. Ale postanowiłam dawać z siebie to co najważniejsze. Czas. Na rozmowę, na wspólne 'popołudnie piękności' z mamą, na spokojne zjedzenie obiadu w rodzinnej atmosferze. 

Żaróweczka w głowie już się zapaliła. Teraz pozostaje tylko działanie. Lepiej zmądrzeć późno niż wcale.

Ostatnie zdanie - wcale nie twierdzę, że każdy powinien rzucić się na ratowanie relacji ze swoją rodziną. Bo ludzie są różni. Nie wszyscy rodzice są cudowni i wspaniali. Czasem naprawdę dużo większe wsparcie możemy znaleźć w przyjaciołach niż w rodzinie. Ale myślę, że to jest mniejszość. Większość z nas ma naprawdę fantastycznych rodziców, tylko są gdzieś w tle naszego życia. Bo koledzy, przyjaciele, miłości naszego życia wydają się zazwyczaj ciekawszym towarzystwem. A jedno przecież nie wyklucza drugiego. Miejsca w sercu i czasu starczy dla wszystkich. Trzeba tylko chcieć.